marzec26

Nie lubię swojego dziecka...

dodano: 26 marca 2013 przez renia123mala


Odkąd zostałam matką nie zastanawiałam się zbytnio nad tym że otaczają mnie matki z posiadaniem dziecka dla których ich wielki skarb był kulą u nogi. Nigdy nie interesowało mnie ich kłopoty, brak wsparcia, zrozumienia, owszem nie raz i dwa byłam światkiem depresji poporodowej, ale ile ona może ciągnąć się w nieskończoność? Wczorajsza wizyta koleżanki uświadomiła mi że osoba którą znałam , o której mogłam mieć swoje zdanie, mogłam twierdzić że to jak żyje, robi, wychowuje jest najwyższą i najbardziej namacalną rzeczą jaką robi...wychowanie czwórki dzieci może przyspożyć ogrom poświęceń, tym bardziej że dzieci małe, z nikąd pomocy, zrozumienia, sama na obczyźnie i cztery ściany, nigdy o niej ani o kobietach samotnych z dziećmi nie myślałam - kobiety porzucone, samotne, każdemu może się zdarzyć bycia samą, wystarczy że coś nie wyjdzie, ale żeby nie lubić swoje dzieci, żeby je bić, poniżać, podrzucać innym osobom po to by sie wyszumieć, najstarszego zostawiła jako malca, w namiocie u swego faceta, potem walczyła z adwokatami by odzyskać prawo do opieki, on jej facet być może mając więcej rozumu pozbawił ją praw rodzicielskich. Była i jest uznawana za najlepszą matkę które znam, czwórka dzieci, idealnie ubranie, uśmiech szczęścia wymalowany na buziaczkach a jaka jest prawda? że wyrodna, że taka która z każdym tych dzieci narobiła, to nie ważne nikt nam cenzurki za macierzyństwo, wychowanie nie wystawi, dzieci dorosną i sami zobaczymy co z nich wyrośnie, jakie wartości im przekażemy...koleżanka na wiele spraw otworzyła mi oczy, dała do myślenia, bo prawda taka że rozpływamy sie w swoim macierzyństwie, uważamy że wydajemy na świat najważniejsze skarby dla świata, pragniemy je, kochamy, chuchamy i dmuchamy a gdzieś tam za czterema ścianami rozgrywa sie akcja bezimienna, kiedy matkę irytuje własne dziecko, kiedy złość na nie go ( tak bez powodu ), przeradza się w agresję, w przemoc, na rzecz świętego spokoju, nie zależności...cierpią dzieci, dorastające w domu bez miłości, uczucia, bez poczucia bycia potrzebnym. Ale czy każda z nas sie rozpływa nad słodkim pysiaczkiem nowo narodzonego potomstwa, czy każda kocha, okazuje? Przeczytałam pewien reportaż znaleziony w necie i coś w tym jest, mimo to uwazam że nalezy pisac, mówić o kłopotach, by pomóc matce, kobiecie trzeba otworzyć sie przed problemem z otwartoscią: Zewsząd zalewają nas deklaracje miłości matek do dzieci. Młode mamy rozpływają się w zachwytach nad potomstwem, rozczulają słodkie buzie, małe rączki, pierwsze i następne próby samodzielności. Matczyne serca zalewają niewyobrażalne pokłady bezgranicznej miłości i cierpliwości. Zachwycają się tak bardzo i tak głośno, że zbierają się w kółkach, dyskutują na forach i prowadzą blogi, aby móc wylać zachwyt na innych ludzi i (zwykle nieskutecznie) zarazić nim innych.    W świadomości społecznej przyjęło się twierdzić, że matka jest dobra, ciepła, bezpieczna, kochająca, cierpliwa, wyrozumiała. Narzuca się nam, kobietom, taki wizerunek, a gdy powijemy potomstwo (w wyniku mniej lub bardziej zaplanowanego poczęcia – zazwyczaj nieplanowanego), oczekuje realizacji maminego planu. 

 Tymczasem nie mieści się w głowach, że matka może nie lubić swojego dziecka. Że macierzyństwo może rozczarować a własna pociecha nie niesie radości, a jedynie drażni, przeszkadza, rozczarowuje. Kobiety, które odważą się głośno powiedzieć: nie lubię być matką, nie jest pewna miłości do swojego dziecka, spotyka się z niechęcią, niezrozumieniem albo zdumieniem .

 Jak można nie kochać własnego dziecka, przecież to naturalne i oczywiste!

 Czyżby?

 Której z was nigdy nie przeszło przez myśl, że ma dosyć, że nie może już dłużej słuchaj całodobowego trajkotu, ciągłego popychania, proszenia, powtarzania, tłumaczenia. Która z was przyzna się, że przebywanie w towarzystwie córki czy syna nie niesie satysfakcji, nie jest radością i chętnie zamieniłaby na zakupy albo święty spokój? Czy wszystkie spełniłyście się jako matki? Czy właśnie tak wyobrażałyście sobie macierzyństwo i swoje dziecko?

 Bycia matką nie można porzucić. Gdy się już nią stało, nie można odstawić dziecka na później, zmienić go, zmodyfikować, ulepszyć. Nie da się odejść na jakiś czas, by zająć sobą. Nie można się od niego odciąć gdy zajdzie taka potrzeba. Macierzyństwo jest jak nieuleczalna choroba zakaźna, już zawsze, do śmierci, będzie ci towarzyszyć ze wszystkimi  konsekwencjami.

 Dziecko nie rodzi się białą kartką, jak kiedyś uczono nasze matki. Jest zbitkiem genów, pokoleniową zagadką, która ujawnia swoje oblicze wraz z rozwojem i świadomością nowego życia. Naiwnym i słabym obserwatorem jest ktoś kto twierdzi, że można dziecko ukształtować, na podobieństwo własne czy jakiekolwiek inne. Można uczyć je życia, przekazać wartości moralne, zbudować kręgosłup, pokazać jak wykonywać czynności, ale nie można go ukształtować dowolnie. Co ze zdobytą od rodziców wiedzą zrobi, zależne jest już od samego dziecka i tego jakie po prostu jest. Omijam tu przypadki patologiczne, gdy dzieci ponoszą konsekwencje koszmarnych zaniedbań obojga rodziców i środowiska.

 A ponieważ ludzie nie dobierają się w pary jak zwierzęta hodowlane, ze znajomością rodowodu i budowaniem współczynnika inbredu, nasze potomstwo zwykle jest niespodzianką. Niestety, nie zawsze miłą.

 Problem pojawia się, gdy nasze dziecko ma odmienny charakter i osobowość. Zielona matka, kochająca przyrodę, będzie w permanentnym konflikcie z synem zamordystą rozgniatającym nogą mrówki. Kobieta spokojna, wyciszona, zamęczy się przy dziecku nadpobudliwym. I na nic zdadzą się rady, żeby pracować nad sobą, rozumieć, starać się, że to przecież tylko dziecko. Dziecko i owszem, ale jednocześnie mały człowiek, który ma ogromny wpływ na wygląd rodziny i na jej życie w ogóle. I tak jak można zmienić niewygodnych znajomych, zwolnić się z koszmarnej pracy, rozwieźć z nieodpowiedzialnym mężem, tak nie można porzucić swojego dziecka. Oczywiście bywają kobiety, które porzucają w sensie dosłownym, ale stanowią niewielki odsetek. Większość tych, które macierzyństwo rozczarowało, stara się dopasować do kanonu i mimo wszystko, być matką…prawda czasem boli bardziej niż nie pamięć, nie wiedza.

Wizyta koleżanki była miłym akcentem także dla Pipina który wisiał cioci dosłownie na cycach, a trzeba przyznać że koleżanka ma raczej czym oddychać. Podbiegał , dawał buziaki, zabawa przednia była dla nieletniej która zyskała nowego kompana , syna Anety 13 latka który niby spokojny, zamknięty w sobie odzyskał  język w gębie i jakoś przełamane zostały lody. A dziś kolejny dzień z serii, wiosenne porządki .


photo
...: "Twój los zależy od Twoich nawyków" Brian Tracy Zdjęcie pochodzi z notki Nie lubię swojego dziecka...


Dodaj do:


Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy - zaloguj się lub załóż konto


Odpowiedzi moga dodawać tylko zalogowani użytkownicy - zaloguj się lub załóż konto


Wasze komentarze

zgłoś
bozusia 26 marca 2013 bozusia napisała:

mi sie zdarza glno powiedzieć ,że nie lubie któregoś z dzieci, za co jestem bardzo krytykowana , ale dlaczego mam lubić kogos jeśli jest dla mnie niedobry ??? ,a takie momenty w życiu tez się zdarzają , [poza tym nie lubie nie znaczy ,ze nie kocham


zgłoś
renia123mala 26 marca 2013 renia123mala napisała:

ja często tłumacze zmęczeniem, złym dniem i dlatego irytuje się wrzeszczącym bąblem, drącą się córcią ...ale kocham, nie odpycham, nie odrzucam ale zawsze staram się być :)


Pokaż pozostałe komentarze 1 ›
zgłoś
renia123mala 26 marca 2013 renia123mala napisała:

ja też nie zawsze lubie, kurwami rzucam, ale kocham , matki tak mają :)


zgłoś
ajoli1 30 marca 2013 ajoli1 napisała:

To znaczy ,że ja nie jestem odmieńcem.Kurwami rzucam ale kocham :))