Jak te dzieci szybko rosną, padają słowa zastanowienia, zachwytu i rodzcielskiej świadomości że coś się kończy, jak dzieciństwo, młodosć i tylko co pozostaje? starość, zniedołężnienie? demencja, przekwit i ksiażeczka do nabożeństwa. Kryśka zastanawiała sie jak to jest że im starsza babinka tym mocniej ściska różaniec, książeczka i fruwające kartki pobożnych życzeń o rychłą śmierć, każda tak ma że za życia próbuje odkupić winy czy czuję kosę tuż obok siebie? kiedy jest sie młodym - rozmyśla Kryśka - nie ma czasu na zastanowienie, jedynie myśl jakaś po pięćdziesiątce zatrzyma na chwilę czas, moment który skupia się na nagrobku, miejscu pochuwku bo tam na górce koło brzozy za jedyne i co łaska było miejsce wolne...jakby ta kwatera miała nam w czym pomóc...Ale Kryśka młoda, wyrywna, pełna energi, zdrowia , dzieci urodziła całą piątką co w dzisiejszych czasach spędza nie jednej sen z powiek, za co odchowała jak chłop poszedł w długą? ano i zaradna i treściwa, pomysłowa i cwana za razem, to i głowa nabita tym i owym a że mieszka kole rodziców - dziadzinki co to jedno z lekko przekrzywioną głową spogląda za okno a drugie na telewizor...kiedy matka była jeszcze w stanie cokolwiek przy sobie zrobić to i krowa była i świnka jakaś, Stasiu po siano na pole pojechał na Ursusie a teraz? nogi i siły już nie te, głowa jakby cieższa a Kryśka? szaleje jakby się szaleum najadła, bo co z tego że dzieciaki jak powsinogi pałętają sie po cudzych domach, że czasem zapomną wrócić po szkole bo bieganie po polach ważniejsze niż powtarzanie tabliczki mnożenia, jak matka używa własnego ciała jak odziewka niedzielnego...Siedzi przy stole i co? myśli jakie to ma życie spartaczone, bo żeby to jeszcze miastowa, żeby światowa, a tutaj w tym grajdołku co może, pracy brak, ziemia, rola, uprawa? nic się nie opłaca, ano ma tam jakiego amanta ale żeby coś ważnego, ot takie tam harce na górce w stodole bo i przecież zyje, to i się należy od czasu do czasu, a dziadki? no właśnie taka zapora, tama, hamulec, gdyby ich nie było - myśli Kryśka - toby i chałupy przysposobiła dla siebie, pokoik swój dla dzieci dała a tak ciągle pokątnie, ojciec niby wiekowy , niby starczy, niby wątroba nie ta i żołądek nie swój a ciągle dycha, matka też jakby ostatniej brzytwy tonącego sie uczepiła, żyje i patrzy tymi mętnymi oczami...a Kryśka plany ma, bo inaczej by widzieli ją panią domu na własnych włościach, jakie są takie są, co z tego że dach do poprawy, ze piwnice ciągle wiosenne szrugi zalewają, co z tego że pleśń na ścianach, chłód i zimne piece kaflowe ale swoje, własne...tylko te dziadki...samo wejście do chałupy a już ten zaduch naftaliny, starości, jakiś mało przyjemny a Kryśka by pomalowała te ściany na bardziej wesoły kolor, ma plany, a tutaj wisi wielki obraz Matki Boskiej z dzieciątkiem na pół ściany...na dywanie...ślaczek na wyblakłej farbie, koloru nijakiego, kredens w kuchni przezył po wojnie, posklejany, zabity miejscami gwoźdźmi i na co komu tu zachodzić...ławeczka przy domu, standardowe miejsce podpatrywania na świat, takie okno na wieś, na plotki, na listonosza z którym to Kryśka raz poszła w cug z tej radości że zapomogę przyniósł...dwa psy i kot...trzy miski przy chałupie, Kryśka maluje oczy...zawsze chce być gotowa bo nigdy nic nie wiadomo...co sie tak pindrzysz - woła matka - kto by cię chciał...a jednak zamiast kwiatka jest nadzieja że ten upragniony, wyczekany jedzie nie na bialym koniu, szkapie, ale ma chociaż citroena, zachodni samochód by tak Kwaśniakowej za płota klapa opadła...by tak chociaż raz ktoś jej pozazdrościł, wybałuszył oczy że i jej się udało, wyrwać do miasta na posesję wielką, być panią na włościach , by dziadki dumni byli że chociaż jej sie udało, że nie zdechnie na zakutej dechami wiosce zapomniana, zakopana przy tej ławeczce, na ławeczce z różańcem matki w dłoniach...dziadki...oni wierzą i zostali przy tej nikłej nadziei na życie doczesne już tam kole Świętego Piotra, życie im już nie smakuje czereśniami, nie widzą cudów natury, a Kryśka jakby obca, jakby nie ta sama, a przecież i matką jest to i powinna mieć intuicję i dzieci wychowywać, a lata w przódy jak pies przez łęki...nie myśli, nie czuje, jest w swojej skorupie marząc o cudach doczesnych...a dziadki? zmęczeni starością czekają na wybawienie...dzieci grasują po okolicy bo wszędzie ich pełno, takie wolne ptaki...Kryśka otwiera kolejny list z miasta wielkiego, czyta i marzy że a nóż widelec ten okaże sie księciem z bajki...szara rzeczywistość zakopana na głuchej wólce...zakopana nadzieja, odrodzona wiara...




Dodaj do:


Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy - zaloguj się lub załóż konto


Odpowiedzi moga dodawać tylko zalogowani użytkownicy - zaloguj się lub załóż konto


Wasze komentarze

zgłoś
bozusia 7 marca 2014 bozusia napisała:

kryśka...